To nie był rok „zaliczania miejsc” ❌ ani zbierania punktów do podróżniczego CV. To był rok chodzenia za intuicją 🧭 – czasem bardzo mądrą, a czasem taką, która kazała skręcić „bo ładnie” 😄 Raz ciągnęło nas w śnieg ❄️, raz w słońce ☀️, innym razem w ciszę 🤍 albo w totalną przestrzeń, gdzie zasięg znika szybciej niż plan dnia.
2025 poprowadził nas przez zimę, pustynię 🏜️, drogi bez końca 🚐, góry 🏔️, fiordy 🌊 i znowu śnieg, bo najwyraźniej lubimy zamykać pętle. Było intensywnie 🔥, było spokojnie 🫶, a momentami dokładnie tak, jak lubimy najbardziej – bez planu, bez presji i z myślą: serio, po co my w ogóle mamy zegarki?
Bez checklist 📝, bez „musimy”, za to z głową, sercem i lekkim chaosem organizacyjnym, który jakoś zawsze dowozi 😄
I tak, wracaliśmy zmęczeni, z milionem zdjęć, lekkim chaosem w głowie i absolutnym przekonaniem, że dokładnie tak właśnie miało być 😄
Styczeń – Heiligenblut ❄️⛷️
Zaczęliśmy rok od śniegu.
Ale nie takiego „ładnego do zdjęć”, tylko tego prawdziwego – skrzypiącego pod nartami, mroźnego w policzki i totalnie resetującego głowę 🏔️
Heiligenblut przywitało nas spokojem, który robi więcej niż tygodniowy urlop w spa.
Narty bez spiny, widoki, które same zwalniają tempo i ta cudowna alpejska cisza, w której nawet my przestajemy gadać (na chwilę 😄).
Było trochę sportowo ⛷️
trochę widokowo 👀
trochę kawowo-piwnie ☕🍺
i bardzo „tu i teraz”.
Pierwsze kilometry na nartach, pierwsze „ale tu jest pięknie”, pierwsze zatrzymania na ławce z widokiem, gdzie plan dnia przestaje mieć znaczenie, bo i tak wygrywa krajobraz.
Jeśli 2025 miał się jakoś zacząć, to dokładnie tak –
od gór, ruchu, słońca na śniegu i poczucia, że to będzie dobry rok ✨

Marzec – Marsa Alam & Luksor 🏜️☀️
Po śniegu przyszedł piasek, po kurtkach krótkie rękawy, a po nartach klapki… i hieroglify 😄 Marzec rzucił nas prosto w Egipt – między Marsa Alam, gdzie czas rozpuszcza się w słońcu i wodzie, a Luksor, który robi lekki reset w głowie i solidny mind-blow historią.
Było ciepło. Bardzo 🔥 Było kolorowo – rafy, turkus, pustynia. Było też monumentalnie: świątynie, kolumny i ściany zapisane tysiącami lat ludzkich historii.
Luksor nie jest „ładny”. Luksor jest ogromny, przytłaczający i absolutnie fascynujący. Idziesz między kolumnami i nagle czujesz się jak mrówka, która przypadkiem weszła do podręcznika historii i została tam na dłużej.
A potem wracasz nad morze 🌊 Do prostych przyjemności, śmiechu, słońca i tej egipskiej wersji slow life, w której plan dnia kończy się pytaniem: kawa czy snorkeling najpierw?
Ten kontrast – pustynia i woda, cisza i gwar, relaks i zachwyt – idealnie wpasował się w nasz 2025. Bez gonienia atrakcji, bez checklist, za to z szeroko otwartymi oczami i jedną myślą w głowie: dobrze, że tu jesteśmy ✨

Kwiecień / Maj – USA 🚐🇺🇸
To był ten moment w roku, kiedy powiedzieliśmy sobie: dobra, jedziemy daleko. I pojechaliśmy. Drogi bez końca, kilometry asfaltu, pustynia, kaniony, parki narodowe i przestrzeń, która robi porządek w głowie szybciej niż jakakolwiek terapia.
USA nie było „zwiedzaniem Stanów”. To był road trip w czystej postaci 🚐 — spanie blisko natury, poranki z kawą na środku niczego, zachody słońca, które wyglądały jak Photoshop, tylko że na żywo. I ten moment, kiedy stajesz nad przepaścią, patrzysz w dół i myślisz: serio… to jest prawdziwe?
Było gorąco, było surowo, było momentami dziko. Były kaniony, które zabierały mowę, skały o kolorach nie z tej planety i cisza, która dzwoniła w uszach. A pomiędzy tym wszystkim — my, trochę zmęczeni, bardzo szczęśliwi i absolutnie zakochani w tym stylu podróżowania.
Ten wyjazd nauczył nas jednego: nie trzeba „więcej” — wystarczy droga, czas i ciekawość świata. Reszta układa się sama.

Lipiec – Gruzja 🏔️🇬🇪
Gruzja była jak wejście w inny tryb. Zielony, dziki, głośny i totalnie niepodporządkowany planom. Góry rosły z każdą godziną drogi, drogi robiły się coraz bardziej umowne, a krowy miały własne zdanie na temat pierwszeństwa 🚗🐄
Były doliny, które wyglądały jak tapeta z folderu, ruiny z historią cięższą niż plecak i cerkwie, w których automatycznie zwalniał oddech. Były wodospady, surowe szlaki, huśtawki nad przepaścią (tak, bardzo nasze klimaty) i ta specyficzna cisza gór, przerywana tylko dzwonkami stad.
Gruzja nie jest „ładna” w klasycznym sensie. Ona jest prawdziwa. Chwilami szorstka, chwilami magiczna, zawsze intensywna. I zostaje w głowie długo po powrocie, jak zapach mokrego lasu albo kurz na butach po całym dniu w górach.
To był lipiec, który przypomniał nam, że im mniej wygładzone miejsce, tym więcej emocji zabierasz ze sobą.

Wrzesień – Norwegia 🌊🇳🇴
Wrzesień w Norwegii to był reset systemu. Mniej ludzi, więcej przestrzeni i ten rodzaj ciszy, który nie jest pusty – tylko pełny. Pełny wody, skał, mchów, lodu i powietrza, które nagle przypomina, jak się oddycha 🌬️
Były wodospady tak głośne, że rozmowy schodziły na gesty. Lodowce, przy których człowiek automatycznie cichnie, nawet jeśli wcale tego nie planował. Mostki, ścieżki i podejścia, które wyglądały niepozornie, a kończyły się widokiem robiącym lekkie spięcie w kolanach. Były też zachody słońca, tęcze nad domem i ten norweski luz, w którym nikt się nie spieszy – nawet pogoda.
Norwegia nie krzyczy. Ona robi swoje. Pokazuje skalę, proporcje i przypomina, że człowiek jest tu tylko gościem. I bardzo dobrze – bo w tej roli czuliśmy się wyjątkowo dobrze.
Wrzesień nauczył nas jednego: czasem najlepsze, co można zrobić, to po prostu stanąć… i popatrzeć 🌊

Październik – Sycylia 🌋🇮🇹
Po Norwegii ciało jeszcze było chłodne, a głowa pełna ciszy. Sycylia zrobiła z tym szybki porządek. Tu wszystko było głośniejsze, cieplejsze i bardziej bezpośrednie – słońce, kolory, zapachy, gesty. I Etna, która od pierwszego dnia przypominała, że to ona tu rozdaje karty.
Były spacery po zastygłej lawie, gdzie ziemia wygląda jakby wciąż pamiętała ostatni wybuch. Były klify nad morzem, gdzie wiatr robił nam fryzury nie do odratowania, ale widoki skutecznie odwracały uwagę. Były fale, które nie pytały, czy ktoś chce się zamoczyć, i ciepła woda, która mówiła: zostań jeszcze chwilę 🌊
Etna nie była tu atrakcją „na zaliczenie”. Najpierw krótki, wieczorny spacer przy schronisku — tylko po to, żeby poczuć zapach siarki i ten specyficzny niepokój pod stopami 🌋 A następnego dnia już na serio: cały dzień z przewodnikiem, surowy krajobraz, czarna ziemia i świadomość, że ta góra żyje — i absolutnie nie ma potrzeby nikomu tego udowadniać.
Sycylia to kontrasty bez przeprosin. Ogień i woda. Spokój i chaos. Natura i totalna beztroska. Dni, które zaczynały się planem, a kończyły bez niego.
Październik przypomniał nam, że energia miejsca potrafi nie tylko zachwycić, ale też solidnie rozruszać. I że jesień wcale nie musi być spokojna 🌋😌

Listopad – Dahab 🐫🌊
Po intensywnych miesiącach Dahab był jak głęboki oddech. Bez pośpiechu, bez napięcia, bez listy „trzeba zobaczyć”. Morze miało kolor, którego nie da się poprawić żadnym filtrem, a pustynia uczyła cierpliwości szybciej niż poranna joga.
Było snorklowanie w miejscach, gdzie ryby mają więcej kolorów niż niejeden bazar 🎨 Było pływanie, leżenie, patrzenie w horyzont i to błogie „nic nie muszę”. A gdy przyszła pora na coś więcej — nocne wyjście i wschód słońca na Górze Synaj, w ciszy, chłodzie i absolutnym skupieniu. Ten moment, kiedy pierwsze światło dotyka gór, zostaje w głowie na długo 🌄
Dahab to luz bez spiny. Kawa pita wolniej niż zwykle. Czas, który się nie spieszy. I to uczucie, że można po prostu być — bez planu, bez zegarka, bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.
Listopad nie krzyczał. I właśnie dlatego był tak dobry 🐫✨

Grudzień / Styczeń – Zermatt ❄️🏔️
Na koniec roku weszliśmy wysoko. Dosłownie i bez negocjacji.
Zermatt nie pyta, czy masz formę. Zermatt ją sprawdza.
Były narty, były spacery, było słońce odbijające się od śniegu tak mocno, że okulary to nie opcja, tylko obowiązek 😎 Były momenty ciszy, kiedy góry robią całą robotę i nie trzeba nic dodawać. I takie chwile, kiedy śmiech miesza się z zadyszką, bo podejście jednak wyglądało krócej na mapie.
Matterhorn stał obok jak boss poziomu końcowego — niby niewzruszony, a jednak codziennie inny. Raz surowy, raz bajkowy, raz tak piękny, że aż bezczelny. Do tego ciepłe bombardino, zimne powietrze, skrzypiący śnieg pod butami i to uczucie: tak, dokładnie tu chcemy być.
Zermatt nie było miękkim lądowaniem.
Było mocnym finiszem roku, który nie znał półśrodków 🏁🔥

Podróżniczy 2025 🌍✈️ – dokładnie tak miał wyglądać ten rok
2025 nie był rokiem do „odhaczenia”.
To był rok do przeżycia — zaplanowany mądrze, ale przeżywany na własnych zasadach.
Było tu mnóstwo planowania, map, noclegów, tras i „co gdzie kiedy” 🗺️
Ale w tym wszystkim zawsze zostawialiśmy miejsce na oddech, na zmianę kierunku i na to jedno zdanie:
„dobra… zostańmy tu jeszcze chwilę” 😌
Zaczęło się od śniegu i nart, potem przyszło słońce, pustynia, drogi bez końca, góry, fiordy, morze, lawa, rafy i znowu śnieg. Jakby ktoś wrzucił wszystkie krajobrazy świata do jednego roku i powiedział: proszę, korzystajcie 🌍
Było:
– zimno do chrupania powietrza ❄️
– gorąco do granic rozsądku ☀️
– wysoko, że nogi miękły 🏔️
– i spokojnie tak, że świat na chwilę zwalniał 🌊

💬 Masz pytanie o trasę? Daj znać w komentarzu – chętnie podpowiem! 🤍